Jeść czy się kochać? – o to jest pytanie

Co lubisz robić ze swoją dziewczyną? Wiadomo – uprawiać seks. A oprócz tego? Zastanów się i spróbuj odpowiedzieć – co robicie najczęściej podczas wspólnie spędzanego czasu wolnego? Oglądacie filmy? Rozmawiacie? Jeździcie na rowerach? A może… Jecie? Jeśli wokół tej ostatniej czynności kręcą się wasze spotkania, czas byś się na poważnie przyjrzał stosunkowi do jedzenia, jaki prezentuje Twoja partnerka. I to nie tylko ze względu na troskę o jej sylwetkę i o jej zdrowie. Brytyjscy naukowcy odkryli bowiem coś, co powinno cię zainteresować – smakoszki mniej lubią seks niż niejadki.

Jedzenie albo seks

Badacze z Dartmouth College zorganizowali eksperyment, któremu poddali pewną grupę kobiet. Każdej z pań biorących udział w badaniu pokazywali fotografie – jedne o charakterze erotycznym, drugie przedstawiające smakowite jedzenie. Równocześnie za pomocą rezonansu magnetycznego obserwowali poziom aktywności jądra półleżącego znajdującego się w ich mózgach. Badanie powtórzono rok później  i jak się okazało, panie reagujące żywo na jedzenie, wyraźnie przybrały na wadze, natomiast panie bardziej zwracające uwagę na erotyczne scenki, utrzymały swoją dawną wagę. Nie w tym jednak tkwi sedno sprawy. Naukowcy doszli również do wniosku, że kobiety, które uwielbiają jeść, rzadziej mają ochotę na seks i nie podchodzą do niego tak entuzjastycznie jak panie niejadki.

Rozkosze podniebienia zamiast rozkoszy cielesnych

Czyżby więc niektóre kobiety przerzucały swoje erotyczne pragnienia na przyjemność jedzenia?  Niestety – badanie brytyjskich naukowców utwierdza nas w niewygodnym przekonaniu, że panie obsesyjnie dbające o swoją sylwetkę, liczące kalorie, wątłe i mizerne, są bardziej skłonne do erotycznych igraszek niż kobiety o bujnych kształtach. Te bowiem wolą czas spędzić na kuchennych eksperymentach, smakowaniu, próbowaniu, mieszaniu, przyprawianiu i innych tego typu czynnościach. Korzyść z tego taka, że od „bujnej” pani uświadczysz  innych rodzajów przyjemności – np. rozkoszy podniebienia. Ale przy takiej kobiecie, możesz być pewien, sam będziesz musiał zacząć liczyć kalorie. W innym wypadku będziesz spędzał wieczory nie w łóżku, a na kanapie, przełączając programy i klepiąc się po okazałym brzuchu.

Jedzenie w łóżku, łóżko w kuchni

Badania naukowców być może i lepiej traktować z przymrużeniem oka. Z drugiej jednak strony baczna obserwacja przyzwyczajeń partnerki, może pozwoli zorientować się zawczasu i przekierować jej preferencje z jedzenia na seks, zanim będzie na to za późno. Jak to zrobić? Tutaj należałoby się wykazać kreatywnością. Seks na kuchennym stole? Jedzenie w łóżku – bita śmietana na ciele i truskawki z szampanem na nocnej szafce? A może zachęta do eksperymentów z afrodyzjakami? Warto próbować, bo choćbyśmy byli najbardziej zapalonymi smakoszami pod słońcem, wiemy, że dobrego seksu nic nie jest w stanie zastąpić, żadna wyśmienita potrawa.

Dodaj komentarz

Seks oralny? No i po co się wstydzisz?

Zaskakujący może wydawać się fakt, że są jeszcze wśród nas tacy, którzy się tego wstydzą. Świat poszedł do przodu, coraz więcej naszych, często nieuzasadnionych obaw, zostaje niwelowanych. A tymczasem pewna wrodzona kulturowo nieśmiałość dotyka niektórych (a szczególnie niektóre) z nas i nie pozwala swobodnie cieszyć się seksem. Stop wstydowi! – chciałoby się wykrzyknąć. Wytoczmy mu wojnę, bo to on przeszkadza nam cieszyć się życiem.

Kultura a wstyd

W naszym wstydzie nie kryje się wielka filozofia. To kwestia kultury i wychowania według chrześcijańskich, bogobojnych zasad. Wielu z nas zostało odchowanych w przekonaniu, że seks jest grzechem, pokazywanie ciała nie świadczy o nas dobrze, nie mówiąc już o bliskości w miejscach intymnych dwóch obcych osób/ciał. I mimo świadomości, że seks oralny może przynieść nam nieziemskie rozkosze, czasem krępujemy się, by w pełni odsłonić najintymniejsze fragmenty naszego ciała przed własnym partnerem. Kobiety zadręczają się obawami, że być może mężczyzna, który zaczyna pieścić je w ten sposób, czuje niepożądany zapach lub w ogóle go to nie „kręci”. Natomiast panie, które na siłę starają się przemóc, przeważnie tracą na przyjemności – orgazm ucieka za każdym niepożądanych ruchem partnera i myślą o tym, co też chodzi mu po głowie.

Podstawowa metoda – do niczego się nie zmuszaj

Jak wiec wyzwolić się z kleszczy wstydu? Czy istnieje rada na to, by mimo wrodzonej nieśmiałości czerpać pełnię przyjemności z oralnych pieszczot partnera? Naczelną zasadą przy próbach osiągnięcia satysfakcji jest swoboda. Nic na siłę. Jeśli czujesz obawy, dyskomfort, w ogóle cię to nie podnieca – zrezygnuj. Zostaw to na inny, lepszy moment, kiedy będziesz bardziej rozluźniona, bardziej chętna do różnego rodzaju igraszek. Bo w tym właśnie tkwi klucz powodzenia – w rozluźnieniu i zaufaniu. Jeśli pożądasz swojego partnera, a on potrafi rozpalić cię bez niepożądanych pieszczot do granic możliwości, to masz wtedy gwarancję, że prawdopodobnie skusisz się na coś więcej – bez oporów, bez skrzywionej miny, bez zniechęcenia. Jeśli natomiast w Waszej intymnej relacji tkwi fałsz – on nie robi tego, tak jakbyś miała ochotę, lub też kompletnie nie zależy ci na tym zbliżeniu, a jedynie się oszukujesz – satysfakcji nie uświadczysz.

Tylko jedyna słuszna droga – gra wstępna

Gra wstępna to przepustka do wszelkich przyjemności, jakie możecie sobie zafundować za pomocą udanego seksu. Przeprowadzona wprawnie, umiejętnie i z dużą dozą cierpliwości, jest w stanie przełamać naprawdę najtwardszy lód oraz najbardziej niechętną i przestraszoną partnerkę. Partner, który za szybko chce przechodzić „do rzeczy”, naciska, pyta „a dlaczego?”, „a może już?” powinien się jeszcze sporo nauczyć. Nie od dziś bowiem wiemy, i nigdy zresztą nie było to tajemnicą, że nasze ciała  naprawdę potrafią zawładnąć nad naszym zdrowym rozsądkiem. Że mimo iż kształtuje nas kultura wstydu i oporów, jesteśmy w stanie w te pędy ruszyć za instynktami, za gwarancją rozkoszy, czułości i ekstazy, jeśli tylko mamy ku temu namacalną okazję. Wystarczy te instynkty rozbudzić. Kobieta, która czułe całym ciałem, że orgazm tym razem jest możliwy, jest już blisko, na wyciągnięcie ręki – nie zrezygnuje, nie wycofa się, będzie chciała brnąć w to dalej. Aż do szczytowania.

1 Komentarz

Zdrada, seksowne fatałaszki, a… cykl miesięczny, czyli co ma piernik do wiatraka?

Wydaje nam się, że mamy zupełną władzę nad sobą i nad swoimi zachciankami. Sądzimy, że to my jesteśmy panami (paniami) swoich umysłów i swoich ciał. Nic bardziej mylnego. Na przekór temu, co zwykliśmy myśleć, to nasze ciała żądzą nami i nasze biologiczne zegary. Chęci, żądze, wszelkie seksualne smaczki i intymne pragnienia często są uzależnione – tu do kobiet mowa – od dnia cyklu miesięcznego. To za jego sprawą w pewnych dniach jesteście bardziej niż normalnie „narażone” na nieczyste myśli. To wtedy najczęściej zdradzacie, fantazjujecie, podbijacie – nie zawsze uczciwie i nie koniecznie fair. I co Wy na to?

Chcę się kochać!

Między 12 a 21 dniem cyklu jesteś z siebie bardziej zadowolona. Przyglądasz się sobie uważnie i nie możesz się nadziwić. Oczy błyszczą, włosy lśnią, cera gładka i figura nienajgorsza. „Całkiem fajna jestem” – myślisz, rzucając ostatnie spojrzenie w stronę lustra przed wyjściem z domu. Przekraczając jego próg, mogą ci przyjść do głowy dość niestandardowe myśli. To w tym czasie obcy mężczyźni, których mijasz, wydadzą Ci się bardziej atrakcyjni, a ty bardziej gotowa, by nieco poflirtować, pouśmiechać się, wyprężyć dekolt, a nawet… zdrożyć. Mimo stałego partnera, mimo łączącego was uczucia, coś sprośnego krąży ci po głowie. Uważaj!

Tuż przed owulacją, czyli wtedy, gdy wasz organizm produkuje najwięcej estrogenu, jesteście bardziej skłonne, by uwikłać się w jakiś przelotny romansik. A co najciekawsze, macie ochotę na seks z mężczyznami, na których normalnie nie zwróciłybyście w tym kontekście uwagi. Wtedy bowiem pociągają was te „zimne dranie”, niegrzeczni chłopcy, nieco opryskliwi, szorstcy w obyciu, ale atrakcyjni, jak to się zwykło mówić – „męscy”. Jeśli mężczyzna w tym typie spojrzy na ciebie akurat w te dni, prawdopodobnie poczujesz się rozpalona, a twoje myśli z niewinnych i czystych zmienią się w odważne, szalone i seksowne. A potem? Co po 21 dniu cyklu? Och, wtedy szorstki facet przestaje cię interesować. Nie masz już ochoty na przekraczanie granic. Chcesz się po prostu… przytulić.

Euforia pomenstruacyjna a czerwone szpilki

Co ciekawe, czas ten wpływa nie tylko na twoje seksualne zachcianki. Owulacja kształtuje również twój gust! Uważaj zatem, w jakim momencie swojego cyklu wybierasz się na zakupy. Nie przez przypadek jednego dnia wolisz się ukryć w szerokim swetrze, by kolejnego mieć ochotę na czerwone szpilki, niekoniecznie przyzwoitą miniówę, a przy okazji piękny  i zmysłowy komplet bielizny. Przed owulacją, czyli w trakcie tak zwanej euforii pomenstruacyjnej, lubisz wyglądać seksownie. Ale nie tylko z tego powodu, że masz ochotę na seks i na mijających cię na ulicy mężczyzn oraz innych przedstawicieli rodu samczego. Ty chcesz się wyróżnić! Zalśnić w tłumie, a najlepiej… przyćmić swoje koleżanki, sąsiadki i wszystkie inne kobiety na ziemi. Chcesz być najładniejsza.

Dlatego właśnie w tym momencie cyklu będziesz robiła wszystko, by inne ci zazdrościły. Zupełnie instynktownie i podświadomie wymalujesz usta czerwoną szminką, choć wydaje ci się, że czynność ta zależna jest wyłącznie od twojej głowy. O nie, moja droga. Malujesz usta czerwoną szminką, bo twoje ciało ma ochotę na seks. Skorzystaj więc z tego i ulżyj sobie. Posłuchaj ciała, póki ma ochotę!

Dodaj komentarz

Mężczyzno! Ucz się od lesbijek!

Jak zadowolić kobietę? – to temat wiecznie młody, wiecznie aktualny, a dla niektórych wciąż bez odpowiedzi. Ile już powstało poradników, artykułów, złotych myśli, książek, a nawet stron internetowych, forów i innych aktywności, próbujących zgłębić to pytanie – próżno liczyć. Mimo to  niektórzy z mężczyzn dręczeni są całe lata przez swoje sfrustrowane partnerki, które jeszcze nie zaznały orgazmu przy stosunku, a inni żyją w błogiej nieświadomości – nie zdają sobie bowiem sprawy, że ich ukochane udawanie orgazmu opanowały do perfekcji.

Jak więc uszczęśliwić kobietę?

Są jednak wśród nas i tacy, którzy potrafią. Zrozumieli tę trudną sztukę, potrafią czytać z kobiecego ciała jak z książki, umieją się nim – mówiąc nieco obskurnie – obsługiwać, a panie lgną do nich całymi tabunami, pragnąc prawdziwych rozkoszy, autentycznej czułości, przyjemności nie z tej ziemi. Wypada więc zadać pytanie, skąd właśnie ci panowie potrafią tego typu sztuczki? Czy to umiejętność wrodzona? Czy kwestia wychowania? Pewności siebie? A może uwarunkowań fizycznych? Głupio pytać kolegi, skoro trzeba dumnie prężyć pierś i dawać światu do zrozumienia, że samemu potrafi się bardzo wiele, a nawet wiele więcej niż ktokolwiek inny w najbliższej okolicy. Chwała tym, którzy podczas swoich seksualnych wojaży i podbojów starają się doskonalić i kobietę zrozumieć. Gorzej z tymi, którzy przekonani, że niewielki wysiłek wystarczy (wysiłek typu „włożyć i wyciągnąć” rzecz jasna), w nosie mają rozwój. „A cóż w tym trudnego?” – myślą, bądź nie myślą wcale, przekonani o swoich ponadnaturalnych zdolnościach.

Lesbijska szkoła to dobra szkoła

Gdzie zatem szukać inspiracji? Gdzie tkwi odpowiedź? Od kogo się uczyć, kogo pytać o drogę? Złą wiadomością dla pytających będzie fakt, iż nie ma jedynej słusznej szkoły postępowania z kobietami. Rozwiązań jest wiele, tak jak wiele jest kobiet i mężczyzn również – czyli miliony. Nie załamujmy się jednak i zamiast pełnej i jednej prawdziwej odpowiedzi, spróbujmy znaleźć zaledwie albo aż… podpowiedź, wskazówkę, małe natchnienie. Kto z Was ostatnio oglądał film z lesbijkami w roli głównej?

Jeśli jesteś mężczyzną, który lubi podglądać namiętną miłość fizyczną dwóch kobiet – punkt dla Ciebie! Zdaniem seksuologów Twoje fantazje są jak najbardziej pożyteczne, bo oprócz przyjemności, którą z nich czerpiesz, mogą Cię również podszkolić. Któż w końcu, jeżeli nie inna kobieta, zna się na kobiecych potrzebach najlepiej? Walory edukacyjne podglądania lesbijskich namiętności są zatem oczywiste. Sprawdźmy, co na ten temat ma do powiedzenia specjalistka w tej dziedzinie – nie dość że pani seksuolog, to również lesbijka.

Dobre rady pani Mai

Maya Silverman jest autorką „Przewodnika po erotycznym masażu”, w którym zachęca do uwalniania mocy dotyku, dzięki niej odkrywania świata erotyki, seksualnej, fizycznej, ale też emocjonalnej i duchowej rozkoszy. Co radzi pani doktor niepewnym swoich umiejętności mężczyznom?

  • Po pierwsze: skoncentrować się należy na kilku czułych miejscach kobiety – przede wszystkim na sutkach, szyi, wewnętrznej stronie ramion i ud, stopach i dłoniach. Oczywiście koncentracja ta nie oznacza pominięcia mniej oczywistych partii ciała, które pobudzane poprzez męskie dłonie, również będą przesyłać odpowiednie sygnały do kobiecego mózgu.
  • Po drugie: Używaj dwóch rąk! Jedną skupiaj się na wyżej wspomnianych fragmentach ciała, starając się, by twoje ruchy były regularne, koliste. Drugą natomiast wędruj DELIKATNIE po całym ciele, nie pomijając nawet najmniejszego fragmenciku. Ucz się kobiecego ciała dotykiem, bez pośpiechu, bez nerwów – zobaczysz wtedy, jak wielkie gnieżdżą się w tobie pokłady namiętności.
  • Po trzecie: Cel osiągaj powoli. Nawet, gdy czujesz, że za pomocą twoich ruchów i twojego dotyku kobieta jest rozpalona, zanim przejdziesz do łechtaczki, poświęć co najmniej 15 minut na okrężne ruchy palcem naokoło niej. To bardzo ważne! Przyzna to każda lesbijka.

Powodzenia!

Dodaj komentarz

Punkt G – jest tam, czy go nie ma?

Na temat magicznego, a raczej enigmatycznego punktu G mówiono i pisano już wiele. Pośród stwierdzeń, że jest on najczulszym miejscem w ciele kobiety, potrafiącym doprowadzić ją do bajecznych orgazmów, pojawiały się opinie, że takowy wcale nie istnieje i jest jedynie pochodną naszej zbereźnej wyobraźni. Byli też tacy, którzy utrzymywali, że punkt G owszem, jest gdzieś tam w głębi kobiecego ciała, ale… nie każdego.

Panie wolały być świadome jego obecności, dążąc do jego odkrycia (z partnerem czy bez) i z obietnicą wspaniałych rozkoszy. Tymczasem znalazł się kolejny naukowiec, który ku ich uciesze potwierdził prawdziwość małego, rozkosznego punktu.

Tekst na temat autentycznego istnienia punktu G opublikował specjalistyczny magazyn „Journal of Sexual Medicine”. Jego autorem jest doktor o swojsko brzmiącym nazwisku – Adam Ostrzenski, kierownik Instytutu Ginekologii w St. Petersburgu na Florydzie. Tenże naukowiec, zawierzając wcześniejszym badaniom, paniom, które punkt G w sobie odnalazły, a także przekazom już z XI wieku, kiedy to pojawiały się pierwsze doniesienia na piśmie o magicznej mocy przedniej części pochwy, postanowił się o tym dogłębnie przekonać. Jego badanie nie należało do wzbudzających erotyczne skojarzenia czynności, było jednak szczęśliwie skuteczne.

Misja Ostrzenskiego

Ostrzenski bowiem pociął na cieniutkie plasterki przednią ścianę pochwy zwłok 83-letniej kobiety. Ten drastyczny zabieg ujawnił obecność workowatej struktury na grzbietowej błonie krocza – 16,5 mm od górnej części ujścia cewki moczowej, pod kątem 35 stopni od bocznej granicy cewki, która to ponoć jest prawdziwym, upragnionym punktem G. Wewnętrzna jej część przypomina nabrzmiewające tkanki łechtaczki. Dokładne wymiary punktu rozkoszy to 8,1 mm (długość), od 1,5 do 3,6 mm szerokości i 0,4 mm grubości.

Punkt G naprzeciw stereotypom

Ostrzenski jest dumny ze swojego odkrycia. Nic dziwnego. Sam przecież oznajmia, że potwierdzenie istnienia punktu G może doprowadzić nie tylko do lepszego zrozumienia kobiecego ciała, ale i poprawy ich funkcji seksualnych. Jak wiadomo, mimo gigantycznych postępów w tej materii, które poczyniliśmy od lat, nadal zdarza nam się ulegać stereotypom na temat kobiecych potrzeb w łóżku. Wiele pań aż do 40 roku życia, albo i nawet do samego końca swojej intymnej aktywności  nie jest w stanie osiągnąć orgazmu w czasie stosunku. Przyczyną mogą być tu zaniedbania ze strony partnera, ale również niewłaściwe podejście do spraw seksu samej partnerki. Kolejne badania dotyczące punktu G są krokiem ku kobiecej satysfakcji.

Mały sprośny detektyw

Czyli skoro już wiesz, że ty także posiadasz punkt G, spróbuj go odnaleźć! Połóż się na plecach, kucnij lub połóż się na brzuchu. Włóż palec do pochwy i zegnij go tak, aby dotknąć przedniej ściany pochwy. Poszukaj zgrubienia, dotykaj je i gładź delikatnie, a być może odczujesz przyjemną reakcję w postaci słodkiego podniecenia. Jeśli nic nie odczuwasz, nie poddawaj się – zabaw się w małego, sprośnego detektywa, a zobaczysz, jak wraz z twoją zabawą przychodzą cudowne efekty. Przy odrobinie wytrwałości, jak to mówią – ziemia zatrzęsie się pod twoimi stopami.

1 Komentarz

Rozmiar pochwy , jej elastyczność i mięśnie Kegla – co tak naprawdę ma znaczenie?

Jakże często o rozmiarach mówimy w przypadku panów? Kluczowe pytanie: czy rozmiar ma znaczenie, pojawia się niemalże za każdym razem, gdy podejmujemy dyskusję na temat wyznaczników prawdziwej męskości. Oczywiście w przypadku kobiet rozmiary również wydają się słusznym tematem. Któż z nas nie zna pań, dręczonych przez kompleksy z powodu rozmiaru swojego biustu? Wśród wątpliwości dotyczących tego, czy coś jest za małe, a może za duże, za szerokie bądź za wąskie nieśmiało pojawia się również temat pochwy.

Nie rozmiar a kondycja

Czy pochwa może być za duża? Za szeroka? Za mała? Odpowiedź na te pytania jest jedna. W seksie rozmiar pochwy nie ma żadnego znaczenia. Skąd więc wrażenie, że może być za ciasna bądź za luźna? To nie kwestia jej wielkości, a elastyczności. Za nią odpowiedzialne są tak zwane mięśnie Kegla, czyli nasze mięśnie miłości, tworzące obrączkę wokół wejścia do pochwy. Ich wyćwiczenie może sprawić, że satysfakcja podczas stosunku wzrośnie nie tylko u kobiety, ale i u jej partnera. Ale jak sprawdzić, czy mięśnie Kegla są w dobrej formie?

Nie próżnuj tylko ćwicz!

Sprawność mięśni można zbadać na dwa sposoby – albo podczas rutynowej wizyty u ginekologa albo też domowym sposobem. Ten drugi wymaga odrobinę dystansu, gdyż badać będziemy się za pomocą banana. Owoc należy obrać, a potem umieścić w czystej, foliowej torebce śniadaniowej. Po włożeniu go do pochwy, musimy mocno zacisnąć mięśnie Kegla (w ten sam sposób, w jaki powstrzymujemy mocz zanim jeszcze dotrzemy do ubikacji). Jeśli banan się rozgniecie, to znaczy, że mamy mocne mięśnie. Brawo! Jeśli nie, warto nad ich kondycją nieco popracować. W jaki sposób? O tym pisaliśmy już jakiś czas temu, odsyłamy więc do lektury. Przypominamy jednak, że efekty tych ćwiczeń możemy odczuć dopiero po kilku miesiącach. Nic w tym dziwnego – mięśnie w pochwie wyrabiamy taką samą determinacją i regularnością, jak  w przypadku tych na brzuchu czy udach.

Magiczne kulki w akcji

Dobrym i przyjemnym sposobem na wyćwiczenie naszych intymnych mięśni, jest również stosowanie kulek waginalnych, które intensywnie „wymuszają” na naszej pochwie rozkoszny wysiłek – wszystko z korzyścią dla naszego zdrowia. Zalecają je położne, ginekolodzy i seksuolodzy, także paniom po porodzie i w okresie przekwitania. W ich wnętrzu znajduje się mały ciężarek, który jest wprawiany w drgania ruchem ciała. Delikatne wibracje przemieszczają się po ściankach pochwy i stymulują odpowiednie mięśnie.

Problem w głowie a nie w pochwie

Wrażenie „ciasnej pochwy” może być spowodowane jednak zupełnie innym czynnikiem, który nie będzie miał nic wspólnego z jej mięśniami czy z jej wielkością. Być może tkwi on nie w intymnych partiach ciała partnerki, a w… jej głowie. Strach przed zbliżeniem, obawa przed seksem może spowodować, że mięśnie zacisną się aż tak mocno, że partnerzy będą mieli wrażenie „ciasnoty” pochwy. Co wtedy? Istnieją na rynku preparaty nawilżające, które być może pomogą pokonać tego typu barierę. Poza tym przed samym zbliżeniem warto zadbać o tak zwane „okoliczności sprzyjające”, które zagwarantują maksymalne rozluźnienie partnerki. Kolacja, wspólnie obejrzana komedia, wesoła atmosfera, może nieco wina, a na koniec wiele pieszczot i naprawdę stymulująca, staranna gra wstępna – to droga do sukcesu i rozkoszy.

Dodaj komentarz

Romans ze starszą kobietą – są jakieś wady?

Romans ze starsza kobietą to dość popularna fantazja wśród jeszcze młodych mężczyzn. Starsze kobiety często mogą pochwalić się imponującym doświadczeniem, brakiem niewygodnych skrupułów, wiedzą na temat swoich potrzeb i potrzeb partnera – nierzadko są również intrygująco prowokujące i świadomie ponętne. Aż chce się zgrzeszyć.

To niejedyne zalety doświadczonej pani w łóżku. Kobieta koło 40-stki, a nawet 50-tki, taka, która być może odchowała już dzieci, odchowała też męża, a przy okazji zrobiła karierę – prawdopodobnie nie ma już chęci, by tracić swój cenny czas na gierki, fochy i podchody. Często jest bezpośrednia, bez ogródek formułuje swoje oczekiwania, zazdrość zostawia na boku, nie ma skłonności do awantur, histerii i innych „chwytów” młodych, zakochanych dziewcząt. Oczywiście od tej reguły istnieją również wyjątki. Zdarza się przecież, że przekwitająca już kobieta wpada w obsesję na punkcie swojego młodszego kochanka, co skończyć się może katastrofą  niemalże jak na filmach. Na ogół jednak tygrysice seksu, takie, które wybierają seks bez krępujących zobowiązań, są niezależne i nieskore do „ucapiania” swojego partnera.

Zalet podobnej relacji jest więcej. Kobiety dojrzalsze nie wymagają wielkich poświęceń – czasu, wydatków, czułej opieki, telefonów, meldowania się. Skoro wchodzą w intymną relację z młodszym facetem, oczekują przede wszystkim rozrywki, seksu, dobrej zabawy. Nie wyznań miłosnych i deklaracji wierności, które mają już za sobą i być może to one są przyczyną ich rozczarowań. Dodatkowo możemy od dam dojrzałych oczekiwać ciekawiej poprowadzonego dialogu, inspirującej rozmowy, intrygującej opowieści. Wiele wspomnień nosi w swojej głowie kobieta, która ma odwagę rozpocząć współżycie z znacznie młodszym partnerem.

Czy zatem intymna relacja ze starszą kobietą do rewelacyjne rozwiązanie dla młodego mężczyzny? No cóż, by być uczciwym, trzeba przyznać, że nie do końca. Szczególnie, gdy mężczyzna ten, w tego typu przygodzie szuka nie tylko rozrywki, a stabilnego związku. W tym właśnie przypadku różnica pokoleniowa może (choć oczywiście nie musi!) stanowić przeszkodę, a wtedy prawie każda z wymienionych powyżej zalet będzie wadą. Starsza kobieta owszem, może inspirować, być godna podziwu, może również imponować i wiele żółtodzioba nauczyć. Istnieje jednak ryzyko szwanku na poziomie wspólnego języka, zrozumienia, silnej więzi. Odmienna wizja świata spowodowana luką pokoleniową może na dłuższą metę okazać się zbyt dokuczliwa.

Poza tym poznając dojrzalszą partnerkę i tracąc dla niej rozum, trzeba pamiętać, że podobnie jak dla nas, tak i dla niej, czas nie zatrzymał się w miejscu. A to może w przyszłości zaowocować frustracją z jej strony i rozczarowaniem z naszej. Niemniej jednak nie ulega wątpliwości, że seksualne eksperymenty z kobietą o interesującym doświadczeniu mogą przynieść wiele przyjemności. Oj, wiele. Wbrew regułom upływającego czasu, krytycznych spojrzeń i innych niewdzięcznych okoliczności.

Dodaj komentarz

Nie zające lecz króliczki. Specjalnie na Święta.

Symbolem Świąt, jak powszechnie wiadomo, są pisanki, baranki, pisklęta i zajączki. Króliczki natomiast, mimo że mają równie długie uszy jak i zające, symbolizują zupełnie coś innego. Seksapil, piękne ciała, szerokie uśmiechy, długie (najlepiej blond) włosy, smukłe nogi, chodzący seks. Z okazji świąt przedstawiamy Wam… historię króliczków Playboya.

Pomysł na kostium z długimi uszami wpadł do głowy jednego z dyrektorów tego najsłynniejszego magazynu dla facetów. Z kolei matka jego dziewczyny uszyła pierwsze w historii przebranie dla króliczka. Hugh Hefner dodał jedynie kołnierzyk i mankiety, by jego hostessy stały się bardziej eleganckie. W styczniu 1960 roku rozpoczął się nabór – szukano dziewczyn w wieku od 18 do 23 lat. Nie wymagano żadnego doświadczenia, a… urody. Na pierwsze króliczki Playboya przyszykowano 30 miejsc. Dziewczyny, które później prezentowały się w słodkich strojach z długimi uszami, były do siebie podobne jedynie z sylwetki. W istocie bowiem marzyły o czymś innym, inne też miały aspiracje. Klub Playboya miał być pierwszym krokiem ku ich wielkiej karierze w Nowym Jorku.

Bycie króliczkiem wiązało się z wieloma przywilejami. Wynagrodzenie wynosiło 50 dolarów miesięcznie plus wszelkie luksusy. Dom, w którym mieszkały, wyposażony był wielką salę balową, basen, saunę, kręgielnię i solarium. Niemalże wszystkie dziewczyny dopiero pierwszy raz miały do czynienia z takimi spektakularnymi luksusami. Praca króliczków to jednak nie tylko wygody, ale i obowiązki. Legenda głosi, że w klubie Playboya od samego początku panowały sztywne, niemalże klasztorne zasady i ściśle przestrzegana hierarchia. Dziewczyny żyły według szczegółowych punktów kodeksu, ograniczających ich prywatność, szczegółowo określających sposób zachowania, wygląd i inne. Miały zakaz podawania klientom klubu swojego nazwiska, nie wolno im było się z nimi umawiać, jednak prawo „schadzek” nie dotyczyło samego szefa i jego otoczenia. Najważniejsza w kodeksie króliczków była bowiem lojalność. Kto jej nie przestrzegał, został z klubu wydalony.

Dziewczyny początkowo krępowały się paradować w mocno wyciętych majtkach, odruchowo zasłaniając je dłońmi. Szybko jednak przywykły, choć społeczeństwo także musiało się oswoić. Długo debatowano nad wyglądem dziewcząt – że jest zbyt wyzywający, zbyt wyuzdany. W Nowym Jorku strój dziewczyn Playboya czekał na swoją licencję aż dwa lat, bo twierdzono, że zbyt mocno namawia do picia. Z czasem jednak kostiumy hostess Hefnera stawały się coraz bardziej odważne. Wycięto je na biodrach, dodano pończochy. Biustonosze do kostiumów produkowano tylko w dwóch rozmiarach – 34D i 36D. Gorsety ściskały talię aż do 50 zaledwie 50 centymetrów, z kolei obcasy mierzyły sobie 8 centymetrów.

Króliczki były też odpowiednio szkolone. Szkoleniem zajmował się brat Hefnera – Keith, wojskowy, nauczyciel, aktor i gospodarz telewizyjnego programu dla dzieci. Musiały się nauczyć między innymi takich drobiazgów, jak: sposób układania serwetki na talerzyku, sposób siadania czy dygnięcia. W latach sześćdziesiątych patent Hefnera na hostessy bił rekordy popularności. Potem czasy się zmieniły. Odbiorców było coraz trudniej zaspokoić, gdyż do mediów oficjalnie weszła już nagość i panie topless. Klub Playboya zrobił się najzwyczajniej przestarzały. Pewna epoka się skończyła. Dzisiaj jednak króliczki nadal są symbolem seksu i kobiecej fizyczność – trudno będzie prześcignąć te symbolikę.

Dodaj komentarz

Seks wisi w wiosennym powietrzu

W tym roku wiosna przyszła na czas. I choć w okolicach prima aprilis znowu zrobiła nam psikusa, odbierając rozkoszną temperaturę i błogie słońce –na szczęście  zdążyła nas rozpalić na tyle, by nasze myśli rozpoczęły wędrówkę w nieprzyzwoitych kierunkach. Nie od dziś wiadomo, że kiedy pogoda robi się ładniejsza, zmysły szaleją. A i sam seks w tę porę roku smakuje znacznie lepiej.

Seks wiosenny przynosi ze sobą wiele więcej emocji – jest bardziej radosny, dynamiczny, można nawet powiedzieć, że jest „szczęśliwszy” i kolorowy. W wiosennych zbliżeniach mniej jest rutyny, więcej spontaniczności. Zdecydowanie częściej na przykład decydujemy się na poranny seks właśnie wiosną. Zimą o poranku mamy co najwyżej ochotę dospać jeszcze kwadrans bądź dwa. Natomiast wraz z nadejściem kwietnia-maja, gdy w godzinach porannych sypialnię rozświetlają pierwsze, radosne promienie słońca, aż chce się coś „zbroić”. To bardzo dobrze! Zachęcamy do wiosennego seksu porannego, bo on przynosi naszemu ciału i duszy same korzyści.

Kochaj się rano

Miłosne igraszki z samego rana dodają nam pewności siebie i energii do działania. Zwalczająca ból i kojąca stres endorfina, jeśli zacznie działać w naszym organizmie już od wczesnych godzin, będziemy odczuwać tego pozytywne skutki przez cały dzień. Możemy zatem być pewni, że po porannym „numerku” wystartujemy w dzień z przytupem, osiągniemy więcej, zdziałamy podwójnie, będziemy bardziej przekonujący na spotkaniach i efektywni w pracy.

Kochaj się wieczorem

Korzyści płynące z seksu wieczornego nie są mniejsze. Dzięki rytualnym zbliżeniom co wieczór, wyrzucamy z siebie złą energię nagromadzoną w ciągu dnia, rozładowujemy napięcie, robimy krok w stronę spokojnego, błogiego snu i… dobrego poranka. Przy okazji dokonujemy dobrego podsumowania nawet najbardziej stresującego i wykańczającego dnia.

Kochaj się całą wiosnę i lato

Podobno prawdziwy sezon „na seks” rozpoczyna się dopiero w czerwcu. Wtedy dopiero zrzucamy z siebie „na stałe” grubą powłokę ubrania, na naszej skórze pojawia się pierwsza opalenizna, czujemy się lepiej, ładniej, bardziej komfortowo. W głowie powstaje też myśl o flircie, letniej przygodzie, wiosennym zawrocie głowy. Powietrze wciągamy pełną piersią. Dzień jest dłuższy ciepły, służy spotkaniom towarzyskim i patrzeniu sobie w oczy. Seks zaczyna wisieć w powietrzu. Oooooj, będzie się działo. Jak dobrze, że zima wraca dopiero za rok!

Dodaj komentarz

Casual Dating – a może by tak seks bez zobowiązań?

Współczesny świat jest niestety skonstruowany w ten sposób, by dać nam jak najmniej wytchnienia. Jeśli chcemy cokolwiek w życiu osiągnąć, zarobić trochę pieniędzy, dorobić się własnego mieszkania, jeździć fajnym modelem samochodu, cóż… nie możemy osiąść na laurach. Jedynie życie w biegu, konsekwentne pokonywanie kolejnych leveli, nieustanne podwyższanie własnych kwalifikacji są podobno jedyną drogą do prawdziwego sukcesu. A gdzie w tym całym zgiełku miejsce na… seks?

Każdy już dawno powinien się zorientować, że miłość i „poważne związki” to nie tylko górnolotne uczucie i namiętne spoglądanie sobie głęboko w oczy. To także zobowiązania, z których trudno się wywiązać, będąc ultrazajętym człowiekiem.  Dla zabieganych przedsiębiorców, panów na wysokich stanowiskach, urodzonych bizneswoman i pań z od rana do nocy napiętym grafikiem – idea casual dating brzmi nad wyraz kusząco. Spotkania bez zobowiązań, wspólne intymne relacje podtrzymywane bez snucia planów na przyszłość i bez aktywnego udziału w życiu osobistym partnera, dają możliwość manewru, wydają się być bezproblemowe, nie przeszkadzają w karierze, nie zaprzątają myśli, odstresowują, spełniają erotyczne potrzeby.

Być może dla niektórych wizja świata, w którym miłość i zobowiązania stają się problemem, blokują kariery i są z pragmatycznego punktu widzenia zupełnie nieatrakcyjne, brzmi ponuro. Tymczasem ten właśnie europejski, nowoczesny styl życia, staje się powoli coraz bardziej popularny. Według badań przeprowadzonych w Hamburgu aż 49% mężczyzn wchodziło w relacje seksualne z zupełnie nieznaną osobą. Odsetek ten jest nieco mniejszy w przypadku kobiet – tylko 36% ankietowanych pań przyznało się do tego typu relacji.  Niemniej jednak w jednym i w drugim przypadku seks bez zobowiązań cieszy się coraz większym uznaniem.

Osoby wchodzące w przypadkowe relacje seksualne wiele potrafią powiedzieć o korzyściach z nich płynących. Ich życie erotyczne jest często bardziej namiętne, urozmaicone, elastyczne, niż miało to miejsce w przypadku stałych związków. Nie ma tu  miejsca dla rutyny i nudy, dąsów, niedopowiedzeń i gry na uczuciach. Partnerzy spotykający się tylko „na seks” są bardziej tolerancyjni, skupiają się wyłącznie na czerpaniu przyjemności i jej dawaniu, eksperymentują, są mniej spięci, naturalni. Czyżby przygodne relacje seksualne były więc pełniejsze i lepszej jakości niż te w długoletnich związkach?

Odpowiedź oczywiście nie jest jednoznaczna. Satysfakcja czerpana z takich właśnie kontaktów zależy jedynie od charakteru, potrzeb i priorytetów danego człowieka. Są osoby, zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn, dla których casual dating jest idealnym rozwiązaniem w natłoku życiowych zajęć. Inni, mimo że również na wskroś zajęci, będą mimo wszystko poszukiwali stabilności życia, oparcia w drugim człowieku, pewności, że gdy po pełnym obowiązków dniu wrócą do domu, a tam, w łóżku, będzie na nich czekał ten sam, niezmienny partner.

Najważniejsze, co możemy dla siebie zrobić, to próba uświadomienia sobie własnych potrzeb – nierzadko bowiem oszukujemy samych siebie, wplątując się w toksyczne związki i relacje, które z dobrym seksem nie mają nic wspólnego.

Dodaj komentarz