Przypomnijmy sobie czasy, w których seks należał jeszcze do tematów tabu. Wtedy to nasze pojmowanie orgazmu było zgoła inne niż dzisiaj. Kiedy zawstydzonym swoją seksualnością kobietom przychodziło przeżywać prawdziwe rozkosze, te jak najmocniej zaciskały zęby i nie chciały po sobie pokazać energetyzujących fal podniecenia. Nie wypadało być „nieprzyzwoitą”, bo odczuwanie orgazmów kojarzyło się z nierządem. Myślące o seksie kobiety, pragnące go i inicjujące posądzano o wyuzdanie, a nawet erotomanię.
Obowiązek czy prawo?
Rewolucja seksualna przyniosła ulgę, wyzwoliła nas z kajdanów sztucznej przyzwoitości. „Masz prawo do orgazmu” – to hasło seksuologów, które pod koniec XX wieku skierowane w stronę kobiet, bojących się odczuwać przyjemność, miało je pozbawić skrupułów. Dzisiaj rzeczy przedstawia się całkowicie inaczej. Obecnie kobiety nie tyle mają świadomość swojego prawa do orgazmu, ale zaczęły dostrzegać jego obowiązek. Badania z 2005 roku dowiodły, że aż 30% mężczyzn odczuwa lęk, że nie sprawdzi się w seksie. Podczas stosunku „wypatrują” kobiecego orgazmu i oczekują go jak zbawienia – tylko szczytowanie partnerki stanowi dowód na wysokie, seksualne umiejętności. Tymczasem kobiety udają. Wprowadzają mężczyzn w błąd, by po pierwsze ich nie urazić i nie stać się przyczyną ich zakłopotania, a po drugie – bo same czują presję, że szczytować powinny. Przecież koleżanki szczytują i bez skrępowania opowiadają o swych „boskich” doświadczeniach.
Droga w ślepą uliczkę
Przymus orgazmu może mieć fatalne skutki dla obu stron. Mężczyzna, który jest świadomy, że jego partnerka nigdy „nie dochodzi”, narażony jest na głęboką frustrację, poczucie bycia gorszym, nieudolnym, niemęskim. Kobieta natomiast, która podczas stosunku jak najbardziej się stara, by przeżyć orgazm, całą swoją uwagę skupia na podnieceniu, próbuje je „złapać” i rozpalić jeszcze mocniej – prawdopodobnie nie osiągnie wymarzonego celu. Gwarantem udanego stosunku jest bowiem rozluźnienie, próba „wyczucia” swojego partnera, współdziałanie, wzajemne zrozumienie. Koncentrowanie energii tylko i wyłącznie na własnej przyjemności, swoiste jej „wymuszanie”, to zgubny proces, który przynosi więcej szkód niż satysfakcjonujących rezultatów. Z kolei kobiety udające orgazmy nigdy nie osiągną zadowolenia z seksu, gdyż partner w ten sposób nie otrzymuje sygnału, że musi coś zmienić, musi się postarać niekoniecznie bardziej, ale w zupełnie inny sposób.
Walczyć czy się poddać?
Istnieją opinie, że orgazm wcale nie jest najważniejszy. Że liczy się sam proces współżycia, który może przecież przynieść wiele przyjemności. Czy to prawda? Nie do końca. Owszem, brakiem orgazmu nie należy się załamywać, wywierać na sobie presji, złościć się i wyrzucać partnerowi nieudolność. To bowiem „grzechy”, które jeszcze bardziej destrukcyjnie działają na nasze życie seksualne. Co więc zrobić, gdy się nie udaje? Odpowiedź jest prosta: czekać, ale niebiernie. Należy walczyć o orgazm. Jak? Kochać się często, długo i się nie zniechęcać. Próbować, smakować, eksperymentować, ale w rozluźnieniu, bez napięć, z czułością i zrozumieniem. Należy pamiętać, że kluczem do sukcesu jest partnerstwo. Im bardziej rozumiemy potrzeby partnera i im mocniej i dokładniej on zna nasze ciało, jesteśmy coraz bliżej osiągnięcia szczytów. Owszem, są pary, które sztukę dopasowania osiągają bardzo szybko. Niektóre jednak potrzebuję więcej czasu. W takim wypadku najlepiej zagospodarować go właśnie na praktykę. Nie jest to przecież tajemnicą, że w każdej dziedzinie życia to właśnie ona „czyni z nas mistrzów”. Seks nie jest wyjątkiem.














